Na placu, gdzie odbywało się spawanie, rozległym jak pole, igrał wietrzyk unosząc lekki śnieżny pył. W jasnym ;wietle słońca błękitne płomyki palników były prawie niewidoczne. Batmanów przychodził tu często, zatrzymywał się przez dłuższy czas przy Umarze, z zachwytem przygadał się jego „zabawie" z ogniem i podziwiał zorganizowaną, zręczną pracę całego zespołu. Umara tak wytreno-wał swoich pomocników, że tworzyli z nim teraz jakby ?vwy organizm.
Zwykle niespokojny i porywczy, przeistaczał się, gdy lvi ko zaczynał spawanie. Ruchy jego stawały się opano- 010, oszczędne. Na każdą rurę przeznaczał dokładnie "lliczony czas, ani sekundy więcej.
Oto Umara idzie szybko ku następnemu stykowi. Musi o,i,-nić elektrodę, robi to idąc: wydobywa stalowy pręcik im hy-kołczana, którą ma przewieszoną przez ramię,